Reklama

Dar od Boga

2018-03-14 11:07

Ks. Czesław Galek
Edycja zamojsko-lubaczowska 11/2018, str. IV

Małgorzata Godzisz
S. Emilia Potoczna

W Łabuniach zmarła w wieku 103 lat s. Emilia Potoczna z zakonu Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. Jej imię zakonne, Bohgdara, zaczerpnięte z języka starosłowiańskiego, znaczy – Boga dar

To imię doskonale podsumowuje jej życie – bez reszty oddane Bogu, Kościołowi, Ojczyźnie, zgromadzeniu zakonnemu i bliźnim, zwłaszcza najsłabszym i najbardziej potrzebującym pomocy. Jej osoba była autentycznym darem od Boga.

Dzieciństwo i młodość

Urodziła się w dniu 5 marca 1915 r. we wsi Izdebki, powiat Brzozów w diecezji przemyskiej. Miała ośmioro rodzeństwa. W dzieciństwie i młodości ważną rolę w kształtowaniu jej osobowości odegrało harcerstwo oraz Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej Młode Polki formujące młodzież żeńską w duchu zasad katolickich oraz przygotowujące ją do życia dorosłego przez naukę krawiectwa, haftu, gotowania, ratownictwa medycznego itd. Już jako 15-16-letnia dziewczynka odczytała powołanie do życia zakonnego. Z „Rycerza Niepokalanej” dowiedziała się o Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi, które w 1922 r. przybyły z Rosji na ziemie polskie do Łabuń. Zafascynowało ją to, że ich charyzmatem jest adoracja Najświętszego Sakramentu i działalność misyjna. Chciała natychmiast wstąpić do zgromadzenia, ale rodzice nie wyrazili na to zgody. Otrzymała ją dopiero po ukończeniu 20. roku życia. Gdy przyjechała do klasztoru w Łabuniach, pierwsze kroki skierowała do kaplicy, gdzie był wystawiony w monstrancji Najświętszy Sakrament. Padła przed nim na kolana i powiedziała: „Jezu, to Ty jesteś, i ja przyszłam do Ciebie na służbę” i z radości się rozpłakała. Tę wierną służbę pełniła przez 84 lata!

W obliczu wojny

Wybuch II wojny światowej zastał ją w domu zakonnym w Warszawie, gdzie uczęszczała do szkoły pielęgniarskiej. Tamtejsza przełożona klasztoru poleciła 10 młodym siostrom wyjazd do bezpieczniejszych w jej ocenie Łabuń. Z Warszawy wyjechały 2 lub 3 września 1939 r. wynajętą furmanką zaprzężoną w jednego konia. Na wozie były umieszczone bagaże, siostry szły pieszo. Podczas drogi 8 sióstr się odłączyło i pojechało do Łabuń innym środkiem lokomocji. Przy wozie z furmanem pozostała siostra Emilia i jeszcze jedna siostra. Podróż odbywała się pośród nalotów samolotów niemieckich. Na każdym kroku groziła im śmierć. Po szosach płynęła strugami krew ludzka, leżały porozrywane ciała ludzkie oraz wielu rannych żołnierzy i cywilów. Pewnego dnia siostra Emilia była zmuszona schronić się przed atakiem samolotów w napotkanej stajni. Gdy do niej weszła, zobaczyła wielu polskich żołnierzy. Przerażona krzyknęła: „Boże, tu tylu chłopów, przecież mi nie wolno z nimi być!”. Chciała uciec, ale oni ją zatrzymali, mówiąc: „Nie wolno teraz wychodzić siostrze na podwórko, bo Niemcy przez to nas zobaczą”. Gdy zaczęły spadać bomby, uklękła i zaczęła głośno się modlić. Za jej przykładem uklękli również żołnierze i pobożnie włączyli się do modlitwy. Dookoła wszystko się paliło. Gdy samoloty odleciały, żołnierze – jak opowiadała – chwycili ją, i nie zważając na to, czy im wolno, czy też nie, zaczęli ją ściskać tak serdecznie, że mało z radości jej nie udusili. Całowali ją po rękach i mówili: „Jak dobrze, że tu siostra była z nami. Razem się modliliśmy i to nas uratowało. Bóg przez to ustrzegł nas od śmierci”. Była dla nich prawdziwym darem od Boga! Gdy siostry dojechały do Starego Zamościa, a więc ok. 30 km od Łabuń, natknęły się nie tylko na wojska niemieckie, ale również rosyjskie. To skłoniło ich do powrotu do Warszawy, gdzie siostra Emilia dokończyła szkołę pielęgniarską.

Reklama

Tragedia ludności Zamojszczyzny

W 1941 r. przybyła do Radecznicy, gdzie siostry zostały wysiedlone do klasztoru ojców bernardynów w Radecznicy, po zajęciu przez wojsko niemieckie ich klasztoru w Łabuniach, mieszczącego się w byłym pałacu Szeptyckich. Wsparła siostry opiekujące się chorymi i osieroconymi dziećmi – ofiarami wojny. Na przełomie lat 1942/43 okupant niemiecki rozpoczął akcję wysiedlania ludności Zamojszczyzny i zasiedlania wiosek osadnikami niemieckimi i ukraińskimi. Wysiedlono ludność z ok. 300 wiosek, w sumie ok. 110 tys. osób, w tym 30 tys. dzieci, z czego 10 tys. zmarło lub zostało zamordowanych. Wysiedloną ludność polską więziono w przejściowych obozach koncentracyjnych w Zamościu i Zwierzyńcu, a następnie wywożono do obozów do Oświęcimia lub na Majdanek, na przymusowe roboty do Niemiec, dzieci i ludzi starszych do tzw. wsi rentowych w dystrykcie warszawskim, a dzieci, u których na podstawie badań antropologicznych stwierdzono właściwości germańskie, wywożono na teren Rzeszy Niemieckiej na zniemczenie. W obozach tych więźniowie przebywali w nieludzkich warunkach.

W położonym niedaleko od Radecznicy obozie przejściowym w Zwierzyńcu, który był przystosowany do pobytu 300-400 osób, przebywało nawet 2000-4500 więźniów równocześnie, a niekiedy nawet 7000. Więźniowie mieszkali w ciasnych barakach, a nawet zmuszeni byli przebywać pod drzewami bez względu na pogodę. Brakowało opieki medycznej, urządzeń sanitarnych, lekarstw, wody oraz żywności, co powodowało wielką śmiertelność uwięzionych, zwłaszcza wśród dzieci. Dzięki interwencji ordynata Jana Zamoyskiego u szefa policji i SS w dystrykcie lubelskim Odilo Globocnika w lipcu 1943 r., udało się zwolnić z obozu ok. 480 najmłodszych dzieci, które umieszczono w zorganizowanej przez ordynację Zamoyską ochronce, a chore w doraźnie zorganizowanym szpitaliku.

Opiekunka Dzieci Zamojszczyzny

Bez reszty zaangażowana w dzieło ratowania dzieci hrabina Róża Zamoyska, zwana „aniołem dobroci”, osobiście poprosiła przełożoną sióstr w Radecznicy s. Klarę o delegowanie sióstr do pomocy w opiece nad zwolnionymi z obozu dziećmi. Pojechało pięć z nich, a wśród nich siostra Emilia. Już pierwsze zetknięcie ze szpitalikiem wywołało u nich szok. Siostra Emilia odnotowała: „Pamiętam, jak hrabina Zamoyska otworzyła nam jeden z pokoi szpitalika, gdzie było dużo trupków dziecięcych. Gdyśmy to zobaczyły, to serca nam się ścisnęły z bólu. Niektóre ciała się rozkładały”. Dzieci chorowały na szkarlatynę, tyfus, czerwonkę, odrę, biegunkę i inne choroby.

Znany lekarz ze Szczebrzeszyna Zygmunt Klukowski, który odwiedził szpitalik, w swoim dzienniku pod datą 1 sierpnia 1943 r. zapisał: „Największe wrażenie, z którego nie mogę się otrząsnąć, sprawiły na mnie dzieci w szpitalu ordynackim. Było ich tu dzisiaj około czterdziestu, w wieku do pięciu lat. Chorują przeważnie na czerwonkę i odrę. W małych, naprędce skleconych, drewnianych łóżeczkach leżą po dwoje, wyniszczone i wychudzone tak, że podobne są raczej do trupków. Niektóre zdrowsze leżą w cieniu na podwórzu, na trawie”. Siostry pracowały w ochronce i dostarczały na teren obozu żywność przygotowaną przez ordynatową Zamoyską oraz ofiarne kobiety ze Zwierzyńca i okolic. Zdarzało się, że korzystając z nieuwagi Niemców, wywoziły dzieci z obozu. Jeden z takich ocalonych wspomina: „Pewnego dnia siostry zakonne wydawały jakiś napój. Nagle jedna z nich przygarnęła mnie do siebie, ukryła między beczkami po zupie i zaopiekowała się mną. Umieściła mnie w ochronce”.

Wzorowa wychowawczyni

W połowie sierpnia siostry wróciły do Radecznicy, nadal pracując z osieroconymi dziećmi, wśród których było 40 chłopców i 90 dziewcząt. Siostry tkały chłopcom ubranka, a dziewczynkom sukienki. By zdobyć środki materialne na utrzymanie dzieci, kwestowały i pracowały zarobkowo u gospodarzy na polu. W sierpniu 1944 r. siostry wraz z dziećmi przybyły do Klemensowa i zamieszkały w dawnym pałacu Zamoyskich. Liczba dzieci sukcesywnie się zwiększała. Siostra Emilia opiekowała się chłopcami. Była traktowana przez nich jak matka. Uczestniczyła czynnie w ich zabawach, grze w piłkę, w pracy i odpoczynku.

Chłopcy byli podzieleni na sekcje. Starsi chłopcy pomagali siostrom w pracach gospodarczych, opiekowali się młodszymi i pomagali im w nauce. Kierownicy sekcji byli wybierani w sposób demokratyczny przez chłopców na walnym zebraniu. Każda sekcja, a było ich 5 na 70 chłopców, miała swój ogródek, który uprawiała. Chłopcy byli związani z tymi działkami emocjonalnie: cieszyli się, gdy posiane przez nich nasiona warzyw wschodziły, wzrastały i przynosiły plon. Niektórzy z nich uczyli się krawiectwa i prac stolarskich. Siostra Emilia dwa razy w tygodniu miała z nimi pogadanki na tematy religijne i patriotyczne oraz organizowała przedstawienia, akademie i imprezy o tej tematyce. Po ukończeniu szkoły zaproszony przez siostrę psycholog sugerował, w jakim kierunku powinno kształcić się poszczególnych chłopców w szkole średniej.

Siostra miłosierdzia

W 1950 r. została przeniesiona do Łabuń, gdzie podjęła pracę w Państwowym Domu Dziecka i Samotnej Matki. Już w czasie okupacji niemieckiej, ilekroć przebywała w Łabuniach, to udzielała pomocy medycznej mieszkańcom nie tylko tej miejscowości, ale całej okolicy. Szczepiła tysiące ludzi przeciw tyfusowi, czerwonce i innym chorobom zakaźnym. Również po zakończeniu wojny nie było w tej miejscowości żadnego lekarza. Siostry założyły punkt medyczny, w którym też usługiwała siostra Emilia, pracując równocześnie w Domu Dziecka. Była zapracowana od rana do późnej nocy. Dziennie przyjmowała 30-40 osób. Jej leczenie skromnymi medykamentami było skuteczne do tego stopnia, że w jej ocenie „wiele wypadków było nieraz cudownie wyleczonych”. Nic też dziwnego, że przyjeżdżali do niej chorzy z odległych miejscowości, np. aż zza Tomaszowa Lubelskiego. Jednemu młodemu, łysemu człowiekowi przywróciła nawet włosy, smarując głowę olejkiem rycynowym. Jeździła też furmankami po wioskach, by szczepić ich mieszkańców. Dostrzegała każdą ludzką biedę. Od biednych ludzi nie tylko nie brała pieniędzy, ale przy następnej wizycie coś im przywoziła. Gdy w bogatszym domu coś otrzymała, zostawiła to w domu ubogim. Nikomu nie odmówiła posługi, począwszy od przyjazdu do Łabuń, aż do otwarcia ośrodka zdrowia w tej miejscowości w połowie lat 60. ubiegłego wieku.

W drodze do domu Ojca

W latach 1972-78 była przełożoną domu łabuńskiego. Prowadziła prace remontowe klasztoru-pałacu zniszczonego przez Niemców oraz związane z odbudową dwóch oficyn, z których jedna z nich służy jako dom rekolekcyjny. Od 1980 r. przez 5 lat była przełożoną domu zakonnego w Dźwirzynie nad Bałtykiem. Stamtąd wróciła do Łabuń i mieszkała tu aż do śmierci, czynnie angażując się w życie zakonne. Niemalże do ostatnich dni swojego życia była sprawna pod względem fizycznym i umysłowym. Była człowiekiem pogodnym, radosnym i bezkonfliktowym. Miała niezwykłe poczucie humoru i dystans do siebie. Pozwalała z siebie żartować, przez co stwarzała miłą i serdeczną atmosferę wokół swojej osoby. Była przez wszystkich lubiana i szanowana. Z wielką pobożnością uczestniczyła w liturgii Mszy św. i innych praktykach religijnych. Przejawiała szczególny kult do Jezusa Eucharystycznego. Do ostatniego dnia swojego życia z wielką wiarą, miłością i ufnością przyjmowała Komunię św.

Odeszła z tego świata w ciszy i spokoju. Za Bolesławem Prusem można by powiedzieć, że dla niej „śmierć to jakby wyjazd za granicę zmysłów, do pięknego kraju, w którym wszyscy spotkamy się” albo „przejście jakby z pokoju do pokoju”, przygotowanego dla niej w domu Ojca Niebieskiego. Mogła spokojnie umierać, bo pozostawiła po sobie wiele dobra. Dla wielu ludzi, których spotkała na drogach swojego długiego życia, była autentycznym darem od Boga.

Tagi:
zakonnica

Relikwie bł. Angeli Truszkowskiej dla oleszyckiej świątyni

2018-11-28 11:04

Adam Łazar
Edycja zamojsko-lubaczowska 48/2018, str. IV

Parafialny kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Oleszycach wzbogacił się o relikwie bł. Marii Angeli Truszkowskiej. Wraz z liczną grupą sióstr felicjanek z przemyskiej prowincji przekazała je siostra prowincjalna Maria Amadeus Pacławska

Adam Łazar
Przy obrazie bł. Angeli

Po nabożeństwie ku czci tej błogosławionej i nowennie do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, Eucharystii przewodniczył 14 listopada dziekan i proboszcz ks. kan. Józef Dudek. W homilii ukazał sylwetkę bł. Marii Angeli Truszkowskiej. Urodziła się 16 maja 1825 r. w Kaliszu. Rodzina Truszkowskich w 1834 r. przeniosła się do Warszawy. Zofia, bo takie imię otrzymała na chrzcie, ze względu na stan zdrowia zmuszona została do przerwania nauki i wyjazdu na leczenie do Szwajcarii. W otoczeniu pięknej przyrody wsłuchiwała się w głos Boży. Rozmiłowała się w modlitwie. W 1854 r. zaczęła organizować stowarzyszenie pomocy ubogim. Zorganizowała też schronisko dla bezdomnych sierot i staruszek. 3 czerwca 1855 r. Zofia przyjęła habit tercjarski z rąk duchowego kierownika kapucyna Honorata Koźmińskiego. Otrzymała wówczas imię zakonne Angela. 21 listopada 1855 r. oddała się pod opiekę Matki Bożej Częstochowskiej, stąd imię Maria. Tę datę uważa się za powstanie Zgromadzenia Sióstr Świętego Feliksa z Kantalicjo, zwanych felicjankami. Podczas powstania styczniowego domy sióstr felicjanek zamieniono w prowizoryczne szpitale, a rząd carski dokonał w królestwie kasacji zgromadzenia. S. Angela w 1866 r. przedostała się do Krakowa i tam prowadziła działalność charytatywną. Zmarła 10 października 1899 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hymn o miłości


Niedziela Ogólnopolska 51/2006, str. 18-19

© Igor Mojzes/Fotolia.com

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa,
które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie.
Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz.
Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.

Z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian (1 Kor 13, 1-13)

Przeczytaj także: Hymn o miłości
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Prymas na szczycie klimatycznem COP24

2018-12-10 21:17

bgk / Katowice (KAI)

Abp Wojciech Polak wziął udział 10 grudnia w konferencji pt. “Safeguarding Our Climate, Advancing Our Society”. Wydarzenie towarzyszyło odbywającym się w Katowicach obradom 24. Sesji Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP24).

Szczyt klimatyczny ONZ 2018. Fot. Oficjalne materiały organizatora

Konferencję z udziałem naukowców z Francji i Polski zorganizowali wspólnie: Polska Akademia Nauk (PAN), Francuskie Narodowe Centrum Badań Naukowych (CNRS) oraz Papieska Akademia Nauk. Zaproponowane sesje tematyczne dotyczyły wyzwań i etycznych aspektów zmian klimatycznych, obecnej wiedzy i badań naukowych nad zmianami klimatu oraz konsekwencji tych zmian dla społeczeństwa.

Prymas Polski zabrał głos w ramach ostatniej debaty poświęconej dziedzictwu papieża Jana Pawła II. Jak zauważył w swoim wystąpieniu, to właśnie spuścizna myśli papieża Polaka stała się swoistym fundamentem dla opublikowanej w 2015 roku encykliki papieża Franciszka "Laudato si".

„Dla mnie osobiście najbardziej przejmującym fragmentem tej encykliki jest zarysowana przez papieża Franciszka wizja pogłębiającego się kryzysu klimatycznego, która ma fundamentalne znaczenie dla miliardów ludzi żyjących w tak zwanych krajach rozwijających. Jak zauważył papież, «nie dysponują [oni] innymi możliwościami utrzymania się ani innymi zasobami, pozwalającymi im na dostosowanie się do skutków zmian klimatu czy stawienie czoła sytuacjom katastrofalnym» (LS 25)”.

„Rodzi to i z pewnością nadal będzie rodzić – mówił dalej Prymas – poważne kryzysy w tych państwach, w których z powodu zmian klimatycznych nie można zaspokoić podstawowych potrzeb człowieka. Naturalną reakcją środowiska zwierząt, co słusznie zauważa Franciszek, jest migracja na tereny, które nadają się do życia. Te same mechanizmy pchają miliony ludzi do ruszenia w te części świata, w których po prostu są w stanie przeżyć” – stwierdził abp Polak.

Metropolita gnieźnieński przypomniał również, że w konwencjach międzynarodowych ludzie ci nie są uważani za uchodźców, bo problem przymusowej migracji rzadko łączony jest z kwestią ekologii.

„Żyjąc w Europie, w miastach, gdzie najczęściej funkcjonują sprawne oczyszczalnie ścieków, coraz doskonalsze spalarnie śmieci i w środowiskach, gdzie segregacji odpadów uczy się już w szkole podstawowej, trudno nam zrozumieć, że gdzieś na świecie problem zanieczyszczeń może zmuszać do tak radykalnych decyzji, jakim jest ucieczka z własnego kraju” – zauważył Prymas dodając, że podnoszone tak często w kontekście kryzysu migracyjnego postulaty pomagania uchodźcom na miejscu muszą uwzględniać również kwestie ochrony środowiska i optymalnego wykorzystania zasobów naturalnych.

„Nie wystarczy w pokojowy sposób zażegnać zbrojne konflikty i doprowadzić do politycznej stabilizacji. Potrzebne są międzynarodowe inwestycje w infrastrukturę i szeroko pojęte odnawialne (tak zwane „czyste”) źródła energii. Najbiedniejsze kraje świata w zdecydowanej większości swoje gospodarki opierają na nieodnawialnych źródłach energii pochodzących z paliw kopalnianych, które na przestrzeni najbliższych dziesięcioleci zostaną wyczerpane”.

„Jeśli nie nastąpi dywersyfikacja źródeł energii, przepaść dzieląca gospodarki krajów rozwiniętych od tych państw jeszcze bardziej się pogłębi, a kryzys migracyjny nie tylko nie zostanie zażegnany, ale znacznie się spotęguje. Nie można zmusić nikogo do życia w środowisku, w którym nie da się żyć. Obowiązkiem zatem wszystkich, a przede wszystkim chrześcijan, jest nieustanne dopominanie się o prawo każdego człowieka do życia i szczęścia w tym świecie, z tego względu, że jest on obdarzony szczególną godnością” – mówił na koniec Prymas Polski.

Odbywająca się w Katowicach Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP24) rozpoczęła się 3 grudnia i potrwa do 14 grudnia. W wydarzeniu uczestniczy około 20 tys. osób ze 190 krajów, w tym politycy, reprezentanci organizacji pozarządowych oraz środowisk naukowych i sfery biznesu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem